Nigdy nie uważałam się za prostaczkę. Wręcz przeciwnie, miałam w życiu wiele powodów do dumy. Udało mi się wydostać z małego miasteczka, przeprowadzić do wielkiego miasta, znaleźć tam dobrą pracę i nawet kupić trzypokojowe mieszkanie. Potem wyszłam za mąż i wydawało się, że moje szczęście nie zna granic. Jak bardzo się myliłam!
Dzień dobry, drodzy Czytelnicy! Dziś podzielę się z Wami kolejną historią z mojej praktyki, która wydała mi się całkiem zabawna. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba. Przyszła do mnie klientka i opowiedziała o zdarzeniu, które miało miejsce w jej rodzinie.
Poznałam Vlasa półtora roku temu podczas spływu pontonem, w którym oboje uczestniczyliśmy po raz pierwszy. Od razu spodobał mi się ten urokliwy młody człowiek: znakomicie grał na gitarze i pięknie śpiewał. Spędziliśmy dwa tygodnie w lesie nad brzegiem rzeki, spływaliśmy ogromnymi pontonami, a wieczorami siadaliśmy przy ognisku, jedliśmy grillowaną rybę, ciecierzycę z puszki, proste zupy i popijaliśmy wyjątkowo smaczną herbatę z blaszanych kubków. W ogniu unosiły się sosnowe gałązki i kwiaty ognistej trawy, odbijając bezkresne niebo usiane gwiazdami.
Przeprowadziłam się z prowincjonalnego miasteczka liczącego dziesięć tysięcy mieszkańców do wielkiego miasta. Tam dla młodych ludzi nie było pracy, chyba że w kopalniach lub na przemyśle. Młodzi wyjeżdżali na północ, pracując na zasadzie zmianowej. Taka perspektywa zupełnie mnie nie pociągała. Chciałam wkroczyć w „wielki świat”, zwłaszcza że szkołę ukończyłam z wyróżnieniem i znakomicie zdałam egzaminy państwowe. Rodzice mnie wspierali i zapisałam się na historię. Jednak ostatecznie nie pracowałam w zawodzie, lecz w agencji nieruchomości. Szybko zyskałam opinię profesjonalistki, polecano mnie znajomym i nigdy nie brakowało mi zleceń. Nasza agencja była jedną z najstarszych i największych, więc miałam szczęście tam trafić.

Pracowałam dużo, nie chcąc wracać do rodziców. Oczywiście nigdy o nich nie zapominałam i pomagałam im finansowo. Wkrótce mogłam kupić sobie mieszkanie, które spłaciłam nawet przed terminem. Moja samotność mi odpowiadała – nie szukałam związku. Zawsze wydawało mi się, że rodzina to coś zbyt skomplikowanego. Poza tym nie byłam pięknością. Może mężczyźni mnie zauważali, ale ja na to nie zwracałam uwagi i żyłam spokojnie. Vlasa polubiłam od razu, patrzył na mnie z wyraźnym zachwytem i miłością. Po powrocie ze spływu poszliśmy razem na kolację do małej, przytulnej restauracji i powoli zaczęliśmy się spotykać. Wydawał mi się dobrym i godnym zaufania człowiekiem.
On też przyjechał tu ze wsi. Rodzice mieszkali daleko, ale cieszyli się, że ich syn poukładał sobie życie. Vlas pracował w sklepie z materiałami budowlanymi. Wynagrodzenie nie było wysokie, ale jemu praca się podobała, a dla mnie pieniądze nie były najważniejsze. Patrzyłam na duszę człowieka, na jego myśli. Okazało się, że Vlas również nie spieszył się z założeniem rodziny, szukał odpowiedniej osoby. Okazałam się nią ja i po pół roku chłopak poprosił mnie o rękę. Z radością się zgodziłam. Postanowiliśmy nie organizować wystawnego ślubu. Cicho zarejestrowaliśmy małżeństwo w urzędzie stanu cywilnego. Rodzice nie mogli przyjechać, więc na uroczystości byli tylko najbliżsi przyjaciele. Usiedliśmy w kawiarni, a potem wróciliśmy do mojego mieszkania, już oficjalnie jako mąż i żona.
Uczyniłam nasze gniazdko przytulnym. Kupiłam nową, piękną pościel, uszyłam zasłony do salonu i kuchni. Kupiliśmy duże, wygodne łóżko z dobrym materacem i wymieniliśmy płytki w łazience. Wieczorami wspólnie przygotowywaliśmy kolacje. Vlas uwielbiał gotować – świetnie mu to wychodziło, co zawdzięczał fińskim korzeniom po matce. Zupa rybna z dorsza i śmietany, przygotowana przez mojego męża, mogłaby podbić serce nawet królowej Anglii.
Prawie zawsze mieliśmy wystarczająco pieniędzy na to, czego dusza zapragnie. Na następny rok planowaliśmy wakacje nad morzem. Nigdy tam nie byłam i bardzo pragnęłam zobaczyć bezkresne turkusowe wody.
Jednak ostatnio moje relacje z mężem stały się napięte. Vlas, który niegdyś był delikatny i uprzejmy, teraz pozwalał sobie na dość ostre i surowe żarty na temat mojego wyglądu. Nigdy nie uważałam się za piękność – miałam zwyczajny wygląd. Pewnego razu bardzo mnie zranił i zapytałam:
– Jeśli jestem dla ciebie tak nieatrakcyjna i za stara, to po co się ze mną ożeniłeś, Vlas?
– Jesteś dobrym człowiekiem, czuję się przy tobie komfortowo – odpowiedział mąż, zdając sobie sprawę, że przesadził.

Mąż był ode mnie młodszy o trzy lata, co często było pretekstem do jego niestosownych dowcipów. Bardzo mnie to drażniło, kilkakrotnie prosiłam, żeby przestał. On przepraszał, ale wkrótce wrócił do ośmieszania mojego nosa, moich mocno kręconych włosów czy czegokolwiek innego. Co za żenada!
Takie zachowanie wkrótce wprowadziło w naszą sielankę dysharmonię i coraz częściej zastanawiałam się, dlaczego to cierpię. Gdy byłam sama, nic podobnego się nie działo – żyłam spokojnie, nikt mnie nie obrażał ani nie smucił. Lepiej byłoby mieć kota niż mieszkać z kimś, kto ciągle próbuje mnie deprecjonować! Pokruszyło to także moją pewność siebie – łapałam się na tym, że krytycznie oceniam swój wygląd przed lustrem.
Pewnego dnia wróciłam do domu wcześnie. Vlas już był w mieszkaniu i rozmawiał przez telefon:
– Moja żona to naiwniara, bezgranicznie mi ufa. Jej mieszkanie będzie moje – podsłuchałam rozmowę.
Zamarłam jak mysz złapana w sidła kota.
– To proste, moja kochana! Namówię ją, żeby została poręczycielem kredytu, który zaciągam w banku. Powiem, że chcę otworzyć własny warsztat wulkanizacyjny. Ona jest taka dobra, podpisze wszystko. Notariusz, mój znajomy, podepnie jej umowę kupna-sprzedaży i voilà! Mieszkanie moje! A my zostaniemy małżeństwem, bo tak długo cię kochałem, a z Leną żyję tylko dla pieniędzy. Wiesz, jak mam dość tej lodowatej śledziary?
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom – żyłam z tym człowiekiem prawie rok! Szybko się pozbierałam, cicho wyszłam, zamknęłam drzwi i zadzwoniłam domofonem:
– Ola, to ty? – otworzył mąż, patrząc na mnie zdziwiony. – Czemu dzwonisz?
– Zapomniałam kluczy – próbowałam uśmiechnąć się jak najbardziej radośnie. – Mmm, kolacja pachnie wybornie! Jestem głodna jak wilk!
– Tak, postarałem się, zrobiłem dla siebie łososia z pomarańczami! – pochwalił się.

Usiedliśmy do kolacji, nalałam sobie soku pomarańczowego i czekałam na jego opowieści. I oto nadarzyła się okazja:
– Słuchaj, z Kolyanem od dawna chcemy otworzyć własny warsztat wulkanizacyjny. Myślę, że jestem gotów, by zacząć – powiedział.
– To świetna wiadomość! Koniec pracy dla kogoś innego! – odpowiedziałam, biorąc łyk soku i kawałek łososia.
– Zostaniesz poręczycielem, kiedy wezmę kredyt?
– Oczywiście, kochanie, tak w ciebie wierzę! – uśmiechnęłam się i skinęłam głową.
Mąż rozpromienił się, wstał od stołu i podszedł, by mnie pocałować. Opanowałam się, by nie cofnąć się przed jego skromnymi pocałunkami. Po tym, co usłyszałam, miałam ochotę wypchnąć zdrajcę za drzwi, ale postanowiłam go przechytrzyć.
Następnego dnia bez wahania poszliśmy do notariusza. Szczęśliwy mąż nie przestawał chwalić, jaka ze mnie mądra i jak mu się poszczęściło. Mechanicznie się uśmiechałam i kiwałam głową. Weszliśmy do gabinetu młodego mężczyzny w tandetnym, niemodnym garniturze, który robił odpychające wrażenie.
Wcześniej – dzień przed wizytą – powiedziałam mężowi, że idę do fryzjera, a tak naprawdę zgłosiłam się na policję. Opowiedziałam śledczym wszystko bez ogródek i obiecali pomoc.
Teraz siedzieliśmy przed notariuszem, a on słodko podsuwał mi dokumenty:
– Tu i tu proszę się podpisać, szanowna Eleno Michajłowno! – mówił wspólnik mojego męża.
W tym momencie wtargnęli funkcjonariusze i zatrzymali obu mężczyzn. Vlas spojrzał na mnie z rozpaczą i urazą:
– Jak mogłaś, Leno?
– Jak mogłeś ty? Nie dość, że mnie oszukujesz, to jeszcze próbujesz wyciągnąć ode mnie mieszkanie. Czy nie wstyd ci?
Mąż został odprowadzony. Współpracowałam z organami ścigania; było jasne, że posiedzi długo. Złożyłam pozew o rozwód, a ponieważ nie mieliśmy wspólnych dzieci ani majątku, sprawa trwała poniżej miesiąca. Kiedy odzyskałam wolność, wspominałam nasze życie i nie mogłam uwierzyć, co mnie spotkało. Przecież żyliśmy dobrze, bez kłótni. Ale zgadywanie, co kryje się w czyjejś duszy, jest bezcelowe. Niektórzy są z natury małostkowi i podli, a ich prawdziwe oblicze wychodzi dopiero późno. Vlas był jednym z nich, a ja długo nie dostrzegałam alarmujących znaków.
Miał także kochankę. Później przyszła do mnie, oskarżając mnie, że zamknęłam jej pechowego narzeczonego w odległym więzieniu. Nie wdawałam się w dyskusję, zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem. Ona jeszcze długo wyzywała mnie przy sąsiadach, dając im darmowe przedstawienie. Nie obchodziło mnie, co o mnie myślą. Musiałam się odnaleźć, przeżyć zdradę osoby, której ufałam. Nigdy bym nie uwierzyła, że Vlas może być tak perfidny. Wydawał się tak prosty, jasny i serdeczny. Ale, jak mówi przysłowie, nie wszystko stracone.
Zostałam sama i adoptowałam psa. To była dobra decyzja. Labrador Zefir stał się moim wiernym przyjacielem: wieczorami i porankami spacerowaliśmy razem i chodziliśmy na treningi. Go kochałam, a samotność mnie nie przytłaczała. Rodzice mnie w pełni wspierali. Mama przyjechała do mnie, przywiozła smakołyki i została u mnie prawie półtora miesiąca. Dużo rozmawiałyśmy.
– Myślałam, że będę z tobą i tatą – powiedziałam kiedyś. – Nie myślisz, że ludzie skrywają zło?
– Rozumiem, córko. Ale nie myśl o tym, są na świecie porządni ludzie – uspokajała mnie mama.
– Nawet Zefir będzie miał narzeczoną! A ty też spotkasz swoją drugą połówkę. Ja też nie od razu trafiłam na tatę. Wiesz, to mój drugi związek małżeński.
Pierwszy związek mojej mamy, zawarty bardzo młodo, nie trwał nawet roku. Przy drugim, gdy miała prawie trzydzieści lat, była szczęśliwa, urodziła mnie i młodszego brata Iwana. Tata stał się miłością jej życia, ona jego gwiazdą przewodnią. W naszym domu panował zawsze pokój i porządek, choć w życiu, jak w każdej rodzinie, zdarzały się trudne momenty. I ja pragnęłam żyć w zgodzie „nos w nos”, jak mawiał mój młodszy brat, gdy był malutki.
Być może mama ma rację i jeszcze spotkam swoje szczęście. Ale póki co, ja i Zefir żyjemy i rozwijamy się. Bardzo tęsknię za mamą, ale nie myślę o powrocie do rodzinnego miasta. Stała praca i znane mieszkanie trzymają mnie tu. Staram się nie myśleć o Vlasie, wyciągnąć wnioski z tej historii. Każdemu przytrafiają się błędy; najważniejsze to wyciągnąć lekcję i znaleźć siłę, by iść dalej. Nawet jeśli już nigdy się nie ożenię, i tak będę z siebie dumna. Nie wiem, co mnie czeka, ale staram się przeżywać każdy dzień z radością i godnością.







