Mąż często znikał w delegacjach. Wyjeżdżał na tygodnie, czasem nawet nie uprzedzając. W mieszkaniu panowała gęsta cisza, a w mojej głowie ciągle brzmiały jego ostre zakazy. Jeden z nich — nigdy nie wzywać fachowców, szczególnie do klimatyzacji, i nie próbować naprawiać jej samodzielnie. Na każde moje pytanie odpowiadał tak samo: „Nie ruszaj tego. Naprawię to sam.”
Kiedy Viktor znów wyjechał, srebrny SUV zniknął za rogiem i po raz pierwszy poczułam ulgę.
Ale nagle klimatyzator zaskrzypiał, huknął i całkowicie się zepsuł. Już piąty raz w tym tygodniu. Mąż ciągle go naprawiał, a klimatyzator ciągle się psuł.
W pokoju zrobiło się gorąco. Dzieci leżały na podłodze — ospałe, śpiące, z błyszczącymi twarzami.
Zadzwoniłam do Viktora. Nie odebrał od razu. W tle słychać było jakieś głosy, kobiecy śmiech… i dziecięcy.
— Klimatyzator znowu się zepsuł, dzwonię po fachowca, ty tego nie umiesz naprawić — powiedziałam.

— Spróbuj tylko! — krzyknął ostro. — Żadnych fachowców. Nikt w domu. Mówiłem ci!
Połączenie przerwało się nagle, jakby specjalnie rozłączył telefon.
Stałam chwilę, potem otworzyłam aplikację i zamówiłam serwisanta. Godzinę później do drzwi zapukał mężczyzna z walizką narzędzi.
Obejrzał jednostkę, postawił drabinę, wszedł i ostrożnie zdjął pokrywę klimatyzatora.
I wtedy zmieniła mu się mina. Wzrok stał się twardy, napięty. Jakby zobaczył coś, czego nie powinien był widzieć.
— Pani, ktoś już tu wcześniej naprawiał tę klimatyzację? — zapytał.
— Tak, mój mąż. Nie raz. Psuje się prawie codziennie — odpowiedziałam.

— Gdzie są pani dzieci? — zapytał cicho, lecz stanowczo.
— W kuchni… Coś nie tak?
Wyjął z walizki respirator, założył go, jakby przygotowywał się do niebezpiecznej pracy, i dopiero wtedy spojrzał na mnie ponownie. W jego oczach była panika.
— Natychmiast weź pani dzieci i uciekajcie z tego domu. Teraz. Szybko…
Zabrakło mi tchu.
— Co pan znalazł?
Zdjął z górnej półki klimatyzatora płaski moduł cały w kurzu. Na początku myślałam, że to filtr. Ale w środku migotały maleńkie diody. Mała soczewka. Lut. Antena.
— To nie jest część klimatyzatora — powiedział. — To kamera. Dobrej jakości. Nagrań 24/7 i wysyła dane na zewnętrzne nośniki.
Poczułam, jak znikł mi odruch ciepła w dłoniach.
— Chce pan powiedzieć… że byliśmy inwigilowani?
— Od dawna — odpowiedział serwisant. — I profesjonalnie.
Stałam niezdolna do wzięcia oddechu. W głowie krążyły fragmenty myśli: jego długie „delegacje”, nagłe wybuchy zazdrości, dziwne pytania o to, kto do mnie przychodził w ciągu dnia. I fakt, że zabraniał dotykać klimatyzatora, jakby to było coś świętego.

Serwisant schował kamerę do torebki.
— Trzeba zdecydować, co robić dalej. Ale zostawić to w mieszkaniu i udawać, że nic się nie stało, nie można.
Gdy odszedł, długo siedziałam w kuchni, trzymając dzieci blisko siebie.
Dopiero wtedy zrozumiałam na dobre, że jego „delegacje” to był tylko pretekst. Mieszkał u innej kobiety, zdradzał mnie — i przy tym mnie monitorował. Podejrzewał mnie o to, co robił sam.







