Na ruchliwej ulicy nagle zatrzymała się kobieta w ciąży. Zachwiała się, przyłożyła dłoń do brzucha i powoli upadła na kolana. Przechodnie rozstąpili się, ale nikt nie podszedł bliżej.
— No proszę, zaczyna się dramat, mruknął ktoś w kolejce przed kawiarnią.
— Może po prostu kręci jej się w głowie, odrzekł inny.
— Albo kolejna oszustka, prychnęła kobieta w płaszczu, wyciągając telefon, by to nagrać.
Nikt się nie poruszył. Tylko ja zrobiłem krok do przodu. Nie dlatego, że wiedziałem, co robić — po prostu nie mogłem patrzeć. Jej twarz była blada jak papier, wargi drżały.
— Co się z panią dzieje? — zapytałem, klękając obok.

Nie mogła mówić. Skurcze? Omdlenie? Ból? Nie wiedziałem. Z tyłu rozległy się głosy:
— Zaraz ją okradnie i udaje bohatera.
— Hej, ty! Nie dotykaj jej, idioto! Może jest zaraźliwa!
Nie słuchałem. Podniosłem ją na ręce, zaniosłem do samochodu i zawiozłem do najbliższego szpitala — ale tam wyszło na jaw coś bardzo strasznego i przerażającego.
W poczekalni wszystko się zakręciło.

Lekarze podbiegli. Minuty ciągnęły się jak wieczność. A potem podszedł lekarz:
— Przybył pan w porę. Kobieta ma pękniętą macicę. Musimy natychmiast operować. Bez pana by nie przeżyła. I dziecko też.
Stałem osłupiały. Nie czułem ani rąk, ani nóg.
Po dwóch dniach przyszedłem na salę z kwiatami, myśląc, że po prostu się z niej ucieszę. Ale kiedy wszedłem, kobieta się rozpłakała.
— Nie wie pan… — wyszeptała. — To moje piąte dziecko. Cztery zmarły jeszcze w łonie. To jedyne, które przeżyło. Już się z nim pożegnałam. A pan… pan jest aniołem.

Usiadłem obok. Dziecko spało w kołysce. Dziewczynka. Różowa, ciepła, żywa.
— Jak jej pani nadała imię? — zapytałem.
Kobieta uśmiechnęła się przez łzy:
— Nadzieja. Na pani cześć.







