Samolot dopiero nabrał wysokości. Usiadłam przy oknie, założyłam słuchawki i wyciągnęłam książkę. Wszystko było spokojne, aż coś zimnego i nieprzyjemnego dotknęło mojego podłokietnika.
Powoli się obróciłam — i oniemiałam. Na moim podłokietniku leżała brudna stopa w białej, dawno już przybrudzonej skarpetce.
— Hej! — oburzyłam się. — Co to ma być?!

Facet z tyłu nawet nie poczuł potrzeby odciągnięcia nogi. Nie odrywając wzroku od magazynu odpowiedział leniwie:
— Spokojnie, maleńka. Trochę ciasno.
— Ciasno? To nie powód, żeby wciskać nogi gdzie popadnie! — wyrzuciłam z siebie, czując narastającą złość.
W końcu spojrzał na mnie, uśmiechnął się szyderczo i, nie ruszając nogi, powiedział:
— Jeśli ci się nie podoba — idź do klasy biznes. Mówią, że jest więcej miejsca.
Kilku pasażerów odwróciło głowy. Poczułam, jak robi mi się gorąco.
— Może przynieść ci poduszkę? Albo zrobić pedicure?
Facet prychnął:
— Jesteś za nerwowa. Odpręż się, nikogo nie dotykam.
— Dotykasz — twoją skarpetą MOJEGO podłokietnika, — wysyczałam. — Świetny początek lotu.
Wzięłam głęboki oddech i postanowiłam nie robić awantury. Zamiast tego dałam mu lekcję manier, której nie zapomni.
Poprosiłam stewardessę o herbatę — gorącą, czarną, bez cukru.
Po kilku minutach filiżanka stała na tacy. I znów jego pięta ledwo dotykała mojego łokcia.
Powoli się obróciłam, uśmiechnęłam i cicho powiedziałam:
— Wiesz, miałeś rację… trzeba się zrelaksować.
I jakby przez przypadek wylałam filiżankę gorącej herbaty dokładnie na jego nogę.
— Aaa! Co ty robisz?! — wrzasnął, odciągając nogę.

— Och, przepraszam, — odpowiedziałam z idealnie niewinnym wyrazem twarzy. — Tu naprawdę jest ciasno… rozumiesz.
Pasażerowie powstrzymywali uśmiechy. Nawet stewardessa, idąc obok, lekko mi przytakiwała.
Resztę lotu spędził spokojnie, trzymając obie nogi pod siedzeniem.
Lekcja dobrych manier zaliczona.







