Mąż i żona pokłócili się tak, jak jeszcze nigdy się nie kłócili. Ona trzymała się za brzuch i starała się mówić spokojnie, ale on był już wściekły.
— Nie chcę tego dziecka — krzyknął mąż. — Nigdy go nie chciałem.
Żona pobladła.
— Przecież planowaliśmy… mówiłeś…
— Nic nie mówiłem. Spakuj się i wynoś się. To mój dom.
Próbowała wytłumaczyć, że dom kupili po połowie, że odkładali każdą złotówkę razem, ale w dokumentach rzeczywiście widniało tylko nazwisko męża. Postanowił to wykorzystać przeciwko niej.
— W moim domu już nie mieszkasz.
Nawet nie pozwolił jej się pożegnać. Rzucił walizki do bagażnika, włożył ją do samochodu, zawiózł do najbliższego hotelu i wysadził prosto przy wejściu.
Płakała, trzymając się za brzuch, błagając, żeby jej tam nie zostawiał samej.
— Proszę… nie rób tego… jestem w ciąży…

On jednak wsiadł do samochodu, zatrzasnął drzwi i odjechał, przekonany, że wreszcie postawił kropkę. Myślał, że wyszedł z tego zwycięsko. Ale mąż nie miał pojęcia, jaki koszmar czeka go po powrocie do domu.
Po spotkaniu z przyjaciółmi, gdzie chwalił się, że „poradził sobie z problemem”, wrócił do domu — i zamarł. Jego dom płonął. Wokół straż pożarna, dym, krzyki, ogień przebijał przez okna.
Na jego telefonie była wiadomość od żony:
„Skoro kupiliśmy ten dom razem, to razem go też stracimy.”
Pobladł i rzucił się do strażaków, krzycząc, że to podpalenie, że jego żona to przestępczyni. Straż wezwała policję i po kilku minutach podszedł do niego młody policjant.
— Ona podpaliła dom! — prawie krzyczał. — Musicie ją aresztować!
Policjant spojrzał na niego chłodno.
— Proszę pana, pańska żona kontaktowała się z nami wcześniej. Była w stanie szoku i opowiedziała, że wyrzucił ją pan, będącą w ciąży, na ulicę i zawiózł do hotelu w środku nocy. Są nagrania z kamer. Są świadkowie. Są zaświadczenia lekarskie potwierdzające stan stresu i zagrożenie ciąży. Poza tym po rozwodzie połowa tego domu powinna przypaść jej.
Zamilkł. Policjant kontynuował:

— Powiedziała, że próbował pan groźbami zmusić ją do opuszczenia domu, który razem państwo spłacali. I poprosiła o ochronę. Dlatego została przewieziona w bezpieczne miejsce. A co do pożaru…
Spojrzał na zwęglone ściany i zgiełk strażaków.
— Pożar wywołało zwarcie. Przegorzał przewód starej instalacji. To nie było podpalenie.
Mężczyzna osunął się na kolana — stracił głos.
Policjant dodał, pochylając się nieco:
— Więc nie próbuj zrzucać swojej winy na kobietę, którą porzuciłeś w ciąży na ulicy. To ty zniszczyłeś swoje życie, nie ona.







